Przepraszam, czy to jest Parada Równości?

Organizatorzy Parady Równości w Warszawie odmówili udziału w tegorocznym wydarzeniu Stowarzyszeniu Za Wolną Rosję. Rozumiem Ukraińców, rozumiem KyivPride, mają prawo nienawidzić Rosji i Rosjan bez wyjątków. Ale czy my też mamy nienawidzić wszystkich bez wyjątków?

Organizatorzy sobotniej Parady Równości w Warszawie odmówili udziału w tegorocznym wydarzeniu Stowarzyszeniu Za Wolną Rosję. Pierwsza intuicja pewnie wielu z nas podpowiada, że nie ma w tym nic dziwnego. Trwa brutalna wojna Rosji przeciwko Ukrainie, Rosjanie jakoś nie pasują do wielkiego, pokojowego święta miłości i tolerancji. Ale kulisy odmowy udziału i kuriozalna argumentacja, której używają organizatorzy, jakoś wcale nie przypomina wierności ideałom Pride’u.

W jednym z ostatnich postów na Facebooku Parady Równości czytamy „Przede wszystkim bądź sobą. Każda osoba jest miło widziana, jedynym warunkiem jest szanowanie innych osób uczestniczących. Uśmiech, życzliwość – tego nigdy na Paradzie nie będzie za mało”. Tymczasem wydarzenie, któremu przyświeca idea maksymalnej inkluzji – o ile oczywiście uczestnicy nie głoszą haseł homofobicznych, ksenofobicznych i propagujących przemoc – w tym roku stało się wydarzeniem wykluczającym.

Ale po kolei. Stowarzyszenie Za Wolną Rosję zostało zarejestrowane w 2015 roku, a ludzie, którzy je stworzyli, zaczęli się spotykać w 2014. Znam to stowarzyszenie, bo jestem jego członkinią. Nietrudno się domyślić, że impulsem do powołania organizacji była aneksja Krymu i rozpętanie wojny w Donbasie przez Rosję. Przeciwko temu grupa mieszkających w Polsce Rosjan wyraziła swój stanowczy i jednoznaczny sprzeciw. Dołączyli do nich także Ukraińcy, Polacy, Białorusini, którzy również są wśród członków stowarzyszenia i uważają, że walka o demokratyzację Rosji, nawet zza granicy, ma sens. Za Wolną Rosję rokrocznie brało udział w warszawskiej Paradzie, miało swoją kolumnę, eksponowało swoje logo, były też rosyjskie flagi. Wtedy była to próba odczarowania symboli, odebrania ich rosyjskim „patriotom”, zwolennikom Putina i jego dyktatorskiego reżimu. Znamy to z dyskusji wokół 11 listopada.

Pewnie, że wszystko się zmieniło 24 lutego. Ale ludzie, którzy działają w Stowarzyszeniu, się nie zmienili. Byli uczciwi, zależało im na wolności, na demokracji, na równości, na pluralizmie i nadal są uczciwi i walczą o te same wartości. Dzisiaj ta walka w oczywisty sposób sprowadza się do wsparcia Ukrainy i właściwie tylko tym zajmują się członkowie ZWR od końca lutego, prowadząc m.in. ciągły wolontariat na granicy polsko-ukraińskiej.

Na Paradzie Równości członkowie stowarzyszenia chcieli, podobnie jak w minionych latach, wystąpić, podkreślając swoją tożsamość organizacyjną, a także rosyjską, ale z jasnym antywojennym przekazem. Jednak w tym roku udział stowarzyszenia w Pride od razu stanął pod znakiem zapytania i nie pomogły trwające kilka tygodni mediacje. Nie pomogło też to, że organizatorzy „znają stowarzyszenie, od wielu lat współpracują”, jak powiedziała Julia Maciocha w komentarzu dla „Wyborczej„. Ostatecznie organizatorzy nie zgodzili się nawet na jeden symbol, który chcieli jako swój wyróżnik przynieść członkowie ZWR – antywojenną, opozycyjną biało-niebiesko-białą flagę, którą tak na marginesie zaprojektowało Kai Katonina, osoba niebinarna.

Moim zdaniem to bardzo śmiały gest – odrzucenie symboliki własnego państwa, przekreślenie dla siebie tego, co symbolizuje współczesna Rosja, czyli wojny i śmierci, ale bez odcinania się od korzeni. Poszukiwanie nowych, konstruktywnych znaczeń – wszystko to jest częścią bardzo ważnego procesu dla Rosjan, którzy nie identyfikują się z polityką Kremla. Dla organizatorów Parady to jednak za mało. Ta flaga ich zdaniem również „triggeruje”, cokolwiek to znaczy. Jedyne rozwiązanie, jakie proponują, to udział prywatny, bez nazwy, bez logo, bez flag. Ale nawet osoby LGBTQ+ ze stowarzyszenia straciły w międzyczasie chęć do jakiegokolwiek udziału.

Istota tej historii polega na tym, że w tym roku WarsawPride nie tyle nawet gości KyivPride, ile razem są one współorganizatorkami Parady Równości w Warszawie. Kijowska, jubileuszowa nie może się odbyć w ukraińskiej stolicy z powodu zagrożenia, jakie wojna niesie dla uczestników. Zaproszenie do Warszawy i decyzja o współpracy wydaje się jak najbardziej słuszna i godna podziwu, to wręcz naturalny odruch.

Ale mam jakiś zgrzyt, kiedy czytam słowa Julii Maciochy, która argumentując odmowę udziału Stowarzyszenia Za Wolną Rosję, nawet z ograniczoną do minimum i antywojenną symboliką, mówi: „W tym roku nasz marsz jest polsko-ukraiński”. I dalej, że „próbowaliśmy wyjaśnić grupie rosyjskiej stanowisko Ukrainy, nie zgodzili się na rezygnację z flag, z naszego punktu widzenia jest to co najmniej niedelikatne i nie na miejscu”. Aż bałabym się zapytać, czy na tym polsko-ukraińskim marszu znalazłoby się miejsce dla Białorusinów i ich biało-czerwono-białej flagi. Ale podobno przezorne białoruskie organizacje nawet nie próbowały się zarejestrować na Paradzie.

22 czerwca swoje oświadczenie wydała KyivPride. Dowiadujemy się z niego, że „KyivPride sprzeciwia się jakimkolwiek zewnętrznym próbom pasożytowania na ukraińskim ruchu dumy, odbierania głosu społeczności ukraińskiej i wykorzystywania platformy ukraińskiej do własnych celów. Wszelkie intencje wywieszania rosyjskich flag dowolnego koloru, wysuwanie rosyjskich żądań politycznych i wzywanie do wyzwolenia Rosji uważamy za prowokację. Uważamy obecność grup prorosyjskich za krok cyniczny i niedopuszczalny”.

KyivPride podkreśla, że warszawski marsz 25 czerwca został zorganizowany po to, żeby zjednoczyć przyjacielskie kraje w oporze wobec agresora. Lenny Emson z Kyiv Pride w wypowiedzi dla „Wyborczej” użył ciekawej analogii: „Prośba o miejsce dla rosyjskiej sprawy na ukraińskim marszu to jak prośba o walkę o prawa osób hetero na marszu osób homoseksualnych”.

Podążając za tą logiką, rosyjska lesbijka lub gej, którzy uciekli przed prześladowaniami w swoim kraju, byliby na tym marszu jak „osoby hetero na marszu osób homoseksualnych”. To ciekawe, że Emson, mówiąc o Paradzie Równości, porównuje ją do marszu osób homoseksualnych. Z tego wynika, że tak naprawdę tegoroczna Parada z tematyką homoseksualną nie ma nic wspólnego. W tym roku to marsz ukraiński.

Z argumentacji, którą prezentują przedstawiciele zarówno WarsawPride, jak i KyivPride, można wyciągnąć prosty wniosek. Tegoroczna Parada nie jest wydarzeniem ruchu LGBTQ+, a dwunarodowym polsko-ukraińskim marszem antywojennym i antyrosyjskim. Zastanawiam się tylko, czy nie byłoby lepiej w takim razie w ogóle zrezygnować z flag tęczowych i innej symboliki ruchu LGBTQ+, bo ona przecież „triggeruje” wielu przedstawicieli tych dwóch przyjacielskich narodów, zjednoczonych w oporze wobec agresora.

Wiem, że trwa wojna. Rosyjskie wojska niszczą, gwałcą i mordują. Ukraina walczy o istnienie jako niepodległe państwo ze swoim językiem i kulturą. To wszystko prawda i nie mam nic przeciwko temu, żeby w polskich miastach były organizowane polsko-ukraińskie marsze. Ale miałam dotychczas wrażenie, że formuła Pride’u jest szersza, że to poszukiwanie możliwie jak najszerszych sojuszy, że to przestrzeń włączająca, szukająca podstawowych punktów wspólnych, którymi są niezbywalne prawa człowieka. Tegoroczna formuła przedstawiona przez organizatorów brzmi dość partykularnie, a do tego, co dość kuriozalne, narodowo. W taki oto sposób polskie i ukraińskie organizacje LGBTQ+ znalazły się w awangardzie realizacji marzeń prof. Zybertowicza o polsko-ukraińskiej federacji.

Ale sytuacja z odmową udziału prodemokratycznemu stowarzyszeniu ma jeszcze inny, istotny wymiar, który już poruszałam w tekście o zawieszeniu rosyjskiej sekcji portalu Culture.pl. Pokazuje, że nie potrafimy otwarcie i szczerze porozmawiać o miejscu Rosjan w naszym społeczeństwie w obliczu wojny w Ukrainie. Przy czym chodzi o Rosjan, którzy już są częścią naszego społeczeństwa, i rozmowę z nimi, a nie rozmowę między nami, Polkami i Polakami, o tym, kogo chcemy, a kogo nie. Tym się od lat w odniesieniu do różnych grup z powodzeniem zajmuje prawica.

Wielu członków ZWR to polityczni emigranci, czasem uchodźcy z przyznanym azylem, którzy w Polsce, najczęściej w Warszawie, znaleźli swój dom. Nie jakiś drugi dom, ale jedyny bezpieczny dom. Często mieszkają w Polsce od kilku, kilkunastu, a nawet już kilkudziesięciu lat. Jeśli ich reputacja jest nieposzlakowana, jeśli różne organy publiczne i inne polskie organizacje pozarządowe współpracowały przez lata ze stowarzyszeniem i jego członkami, to czy teraz można przekreślić ich działalność? Podać w wątpliwość uczciwość i intencje ich członków?

Czy wojna w Ukrainie sprawia, że prześladowania społeczności LGBTQ+ w Rosji, które w Czeczenii przybrały formę brutalnych tortur i morderstw, nie mają już znaczenia i nie zasługują na uwagę? Czy naprawdę zgadzamy się na to, żeby wymazywać z przestrzeni publicznej istnienie antyreżimowych Rosjan? Czy oczekujemy od nich, że będą teraz bez przerwy przepraszać nas za to, że istnieją i że mają coś do powiedzenia? Czy Rosjanie nie mają naszym zdaniem prawa wyrażać swoich antywojennych i antyputinowskich nastrojów? Czy naprawdę zaczęliśmy uważać, że ludzie, którzy często całe swoje dorosłe życie poświęcili na walkę z kremlowskim reżimem, są po prostu cyniczni, protestując przeciwko wojnie, a pomagając ukraińskim uchodźcom, pasożytują na Ukraińcach, ich zrywie i ich cierpieniu?

Rozumiem Ukraińców, rozumiem KyivPride, mają prawo nienawidzić Rosji i Rosjan bez wyjątków. Tego nie mogę im odmówić ani ja, ani nikt inny. Ale czy my też mamy nienawidzić wszystkich bez wyjątków? Dlatego nie rozumiem przede wszystkim postawy WarsawPride, która zgodziła się na wykluczenie z imprezy grupy ludzi, których doskonale zna, wieloletnich uczestników, mieszkańców Polski, w tym mieszkańców Warszawy, czyli wielokulturowej metropolii. Wykluczono ich z publicznego wydarzenia, któremu zresztą patronuje prezydent stolicy. Obecności w polskiej przestrzeni publicznej odmówiono zarejestrowanej w Polsce społecznej organizacji, której jak rozumiem, jedynym grzechem jest to, że nie obaliła Putina. Obalcie Kaczyńskiego i wprowadźcie równość małżeńską oraz prawo do aborcji, to pogadamy.